Archive for the ‘Archiwa z Zapisane Zapami?tane’ Category

Sławno. Burmistrz Bugajski kontra dyrektor Murii

Tuesday, November 21st, 2006

Mirosław Bugajski, burmistrz Sławna, zapowiada zwolnienie Władysława Muriego, dyrektora Szkoły Podstawowej nr 3. Powodem jest – według burmistrza – słaby wynik w testach kompetencji szkoły. Dyrektor postanowił wyjaśnić osobiście rodzicom, że szkoła nie jest zła i pojawił się na wywiadówkach.
- Byłem bardzo zaskoczony, gdy dyrektor na ostatnim spotkaniu z rodzicami ostro krytykował politykę burmistrza wobec szkoły. Mówił: ?Patrzcie na kogo głosujecie?. Według mnie to kampania wyborcza – stwierdza jeden z rodziców, który pojawił się w naszej redakcji (imię i nazwisko do wiad. red.)
- Chcę zwolnić dyrektora, bo szkoła osiągnęła kiepski wynik w testach kompetencji – nie kryje burmistrz Bugajski. – Z takimi wynikami to on sam powinien podać się do dymisji. Przecież ?trójka? uzyskała 22,4 punkty podczas ostatnich testów kompetencji, przy średniej w powiecie sławieńskim 23,6 punków.
Burmistrz przytacza średnią punktów z darłowskich szkół – 27,6.
- Na tym tle widać jak wypadła ?trójka? i dlatego obciąłem dyrektorowi dodatek motywacyjny o 800 złotych – stwierdza Bugajski, który akcentuje, że także u niego byli rodzice ze skargą na dyrektora na ?politykowanie? w szkole. – Dyrektor ma mi za złe, że obciąłem mu wynagrodzenie.
- Władze miasta szkalują szkołę i głośno mówią, że jest zła – twierdzi Władysław Murii. – Poczułem się zobowiązany wyjaśnić rodzicom, że tak nie jest. Ostatnia kontrola, jaka była w naszej placówce, pokazała, że wszystko jest na piątkę. A rodzice jak to rodzice – niech mówią co chcą.
Dyrektor dodaje, że ma zgodę kuratora oświaty na sprawowanie funkcji do 2007 roku. Ale zastanawia się nad wcześniejszym odejściem ze szkoły.
- Kontrola owszem była, ale od strony administracyjnej, a nie jakości szkoły – twierdzi burmistrz Bugajski. – Uważam, że ona powinna być na znacznie wyższym poziomie.
- Kontrola była kompleksowa i oceniła wartość wszystkiego – uważa dyrektor Murii. – A skoro 78 uczniów jest u nas spoza Sławna, to także o czymś świadczy.

Autor artykułu: Tomasz Turczyn

Podbeskidzie chce zatrzymać Krzysztofa Tochela

Tuesday, November 21st, 2006

Porażka z chorzowskim Ruchem przerwała passę Podbeskidzia sześciu meczów bez porażki. W Bielsku tragedii nikt jednak z tego nie robił, bo przegrać z mistrzem jesieni po niezłym spotkaniu, to żaden wstyd. Najważniejsze pytanie teraz brzmi: co dalej?

- Kontrakt kończy mi się 30 czerwca. Myślę, że go wypełnię. Czy go przedłużę? Tego nikt nie wie – powiedział po meczu Krzysztof Tochel. Bielscy działacze nie ukrywają zadowolenia z pracy, jaką w Podbeskidziu wykonuje Tochel i chcą, by został w Bielsku na dłużej. Szkoleniowiec wydobył z graczy to, co najlepsze i tak ułożył zespół, że mimo kiepskiego początku, nikt już nie wierzy, że Podbeskidzie może spaść z ligi. Przy Tochelu rozwinęli się tacy gracze, jak Krzysztof Chrapek czy Tomasz Górkiewicz, a decyzja o sprowadzeniu Marcina Józefowicza okazała się strzałem w dziesiątkę.

- To świetny fachowiec – komplementuje Tochela Jerzy Wolas, prezes klubu. – Przy temacie przygotowań do rundy wiosennej musimy zacząć od rozmów z nim – dodaje. Na razie jednak nikt nie kontaktował się ze szkoleniowcem w tej sprawie.

Sam zainteresowany pytany o przyszłość zespołu Podbeskidzia zwraca uwagę na wzmocnienie linii pomocy oraz ataku zawodnikami posiadającymi większe umiejętności piłkarskie.

- Wielkich zmian jednak nie będzie, bo priorytetem klubu jest wyjście z kryzysu finansowego – podkreśla Tochel. To właśnie za długi wobec byłych piłkarzy klub nadal ma trzy ujemne punkty. Aby je odzyskać, działacze muszą dojść do porozumienia z dłużnikami. Nie jest tajemnicą, że te kłopoty ograniczają pole manewru przy kontraktowaniu nowych piłkarzy.

Co ciekawe, obecni zawodnicy Podbeskidzia już teraz otrzymają część premii, które pierwotnie miały zostać wypłacone po sezonie. Na razie jednak dostali… dwa dni wolnego. W środę znów spotkają się na treningu, a w piątek zagrają sparing z Koszarawą Żywiec.

Autor artykułu: (klm)

Słupsk. Studenci i policjanci będą nas pytać o bezpieczeństwo w mieście

Monday, November 20th, 2006

Czy w Słupsku można czuć się bezpiecznie? Czy nikt nie ukradnie nam torebki, nie obrabuje z pieniędzy lub telefonu komórkowego? Na te pytania spróbuje odpowiedzieć słupska policja z… pomocą mieszkańców i studentów Akademii Pomorskiej. Za kilka dni na ulice miasta wyjdzie 80 ankieterów, którzy grupę tysiąca osób poproszą o ocenę policji i bezpieczeństwa.

- W naszej akcji chodzi o poczucie bezpieczeństwa publicznego – mówi kom. Jacek Bujarski, rzecznik prasowy Komendy MIejskiej Policji w Słupsku. – Badania zakończą się do końca stycznia 2007 roku. Wiedza z opracowanych przez Akademię Pomorską w Słupsku i Szkołę Policji wyników posłuży policjantom w przyszłej pracy, dzięki temu lepiej poznają problemy mieszkańców.
Ankieta przeprowadzona będzie dzięki porozumieniu zawartemu pomiędzy Akademią Pomorską, Szkołą Policji, Komendą Miejską Policji i Stowarzyszeniem „Bezpieczny Region Słupski”. W tej sprawie dzisiaj o godzinie 11 zostanie podpisane porozumienie. Honorowy patronat nad akcją objął prezydent Słupska.
- Aby nie były to badania robione sobie a muzom, będziemy je przeprowadzać raz do roku – zapewnia Bujarski.

Autor artykułu: MARCIN KAMIŃSKI

Starogard Gd. Fatosi czyli zuchy na scenie

Monday, November 20th, 2006

W Starogardzkim Centrum Kultury, przez dwa dni miał miejsce IX Festiwal Artystycznej Twórczości Osób Sprawnych Inaczej FATOSI. Na scenie SCK aktorami i wokalistami byli mieszkańcy domów pomocy społecznej z różnych miejscowości Pomorza.

Motto festiwalu, słowa szwajcarskiego kompozytora, Émile?a Jacques?a Dalcroze?a (1865-1950), brzmiało: “Ciało ludzkie jest orkiestrą, w której różne instrumenty, czyli mięśnie, nerwy, słuch, kierowane są przez dwóch dyrygentów: duszę i umysł”. Przyjęło się już, że występujących na festiwalu nazywa się Fatosami, czyli zuchami. A to dlatego, że w języku albańskim “fatosi”, to właśnie “zuch”. Nagrodami dla zwycięzców, a zostali nimi wszyscy uczestnicy imprezy, były plecaki.
- Takie spotkania poszerzają integrację, a przygotowania do nich rozwijają sprawność psychomotoryczną – mówi Irena Macińska, dyrektor Domu Pomocy Społecznej w Rokocinie, który wraz z SCK, był organizatorem imprezy.
- Sztuka przełamuje bariery, niedoskonałości fizyczne, czy psychiczne. Sztuka po prostu integruje i dzięki niej niepełnosprawni są tak naprawdę sprawni.
Rzeczywiście, na festiwalu można było zaobserwować z jak wielkim zaangażowaniem uczestnicy festiwalu podeszli do występów. Widać było jak wiele sprawia im to radości.

Autor artykułu: (KOM)

Skarszewy. Sezon lotów z katowicką tragedią w tle

Monday, November 20th, 2006

Hodowcy gołębi pocztowych ze Skarszew podsumowali tegoroczny sezon lotów. Jak twierdzą, tego roku nigdy nie zapomną.
- Gdy w styczniu runął dach katowickiej hali, zginęło kilku bliskich kolegów skarszewskich gołębiarzy – mówił Andrzej Wiecki, prezes Sekcji Hodowców Gołębi Pocztowych w Skarszewch. – Naszą pasję przerwała nie tylko ta tragedia, ale także okres związany z ptasią grypą, która uniemożliwiła wypuszczanie gołębi aż do maja tego roku.
Mimo tych wszystkich wydarzeń, w tym roku skarszewscy hodowcy i tak odnieśli sporo sukcesów na szczeblu krajowym i europejskim. Gołębie wypuszczano np. na konkursowe loty z Niemiec do Skarszew. Bezkonkurencyjnym mistrzem sekcji (w kategorii gołębie dorosłe) został Adam Piepiórka, który uzyskał najwięcej punktów w różnych konkursach. Pierwszym wicemistrzem został Zbigniew Szostek, a drugim Andrzej Marko. Ci dwaj ostatni znaleźli się też na podium, w kategorii gołębi młodych, wraz z innym hodowcą, Markiem Massą.

Autor artykułu: (SEBA)

Lechia Gdańsk – Stal Stalowa Wola 3:0

Saturday, November 18th, 2006

Zwycięstwem zakończyli rundę jesienną w drugiej lidze piłkarze Lechii. Gdańszczanie wygrali u siebie ze Stalą Stalowa Wola 3:0. Na półmetku rozgrywek biało-zieloni są na szóstej pozycji i do trzeciego miejsca, dającego grę w barażach o Orange Ekstraklasę, tracą pięć punktów. Wiosną zatem wszystko będzie możliwe.
Mecz oglądali m.in. prezydent Gdańska Paweł Adamowicz oraz Zbigniew Maksymiuk, prezes Saur Neptun Gdańsk, głównego sposnora biało-zielonych i jednocześnie przewodniczący Rady Sponsorów Lechii.
- Chcemy, żeby Lechia szła do przodu. Myślimy też o ulepszaniu obiektu przy ul. Traugtta – mówił do kibiców prezydent Adamowicz.
- Cieszę się, że gdańszczanie tak dobrze radzili sobie jesienią. Gratuluję drużynie – powiedział Maksymiuk.
Pierwsza połowa meczu stała na przeciętnym poziomie. Gdańszczanie nie potrafili przejąć inicjatywy. Strzelali Piotr Cetnarowicz, Maciej Kalkowski czy Piotr Wiśniewski, ale nie trafiali do bramki rywali. Stal też nie miała okazji bramkowej. W 37 minucie ostro strzelał Przemysław Pałkus, ale w środek bramki i Mateusz Bąk odbił piłkę.
W drugiej połowie obraz gry uległ zmianie. Lechia zdecydowanie ruszyła do ataku i na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w 47 minucie po zgraniu piłki głową przez Cetnarowicza w dogodnej sytuacji znalazł się Wiśniewski, ale strzelił obok słupka. Pięć minut później biało-zieloni zdobyli upragnionego gola. Marcin Szulik wrzucił piłkę w pole karne, a tam Rafał Kosznik znalazł się na pozycji środkowego napastnika i strzelił gola.
- Pokazałem, że prawa noga nie służy mi tylko do podpierania. Cieszę się z tego gola. To mój pierwszy i mam nadzieję nie ostatni w drugiej lidze – powiedział Kosznik.
Sześć minut później gdańszczanie przeprowadzili znakomitą akcję. Rozgrywający dobry mecz Sławomir Wojciechowski piętą ograł rywala i dośrodkował tak precyzyjnie, że Piotr Cetnarowicz “szczupakiem” trafił do siatki. To było jego szóste trafienie w tym sezonie i ma o jednego gola mniej od Wiśniewskiego.
- Prześladowały mnie kontuzje. Stąd grałem mało i nie zawsze dobrze. Zimę przepracuję solidnie i wiosną będę grał więcej i lepiej – zapewnił Wojciechowski.
Wynik meczu został ustalony w doliczonym czasie gry. Marcin Drabik sfaulował w polu karnym Sebastiana Fechnera.
- Wziąłem piłkę i chciałem strzelać tego karnego. Poważnie. Widziałem jak “Wiśnia” już się denerwował na ławce. Przy takim wyniku mogli dać mi strzelać – śmiał się Cetnarowicz.
Ostatecznie do rzutu karnego podszedł etatowy wykonawca “jedenastek” w Lechii i pewnie trafił do siatki.
- Nie było wątpliwości kto ma strzelać tego karnego – powiedział Brede. – Mariusz Pawlak strzelał raz tylko dlatego, że mnie wtedy nie było.
Trener gości przyznał po meczu, że jego zespół był słabszy.
- Lechia wygrała zasłużenie. Była lepsza pod każdym względem. Nam jeszcze trochę brakuje do takich drużyn – powiedział Sławomir Adamus, szkoleniowiec Stali.

Lechia – Stal 3:0 (0:0)
Bramki: 1:0 Rafał Kosznik (52), 2:0 Piotr Cetnarowicz (58), 3:0 Krzysztof Brede (90+1-karny).
Lechia: Bąk – Pęczak, Brede, Manuszewski, Kosznik – Szulik (74 Żuk), Pawlak, Wojciechowski (81 Fechner) – Wiśniewski (83 Buzała), Kalkowski – Cetnarowicz.
Stal: Wietecha – Ławecki, Wieprzęć, Drabik, Maciorowski – Iwanicki (63 Kowalczyk), Kusiak, Ożóg, Sierżęga, Pałkus (56 Krawiec) – Gęśla (56 Stręciwilk).
Żółte kartki: Sławomir Wojciechowski (Lechia) oraz Marcin Drabik, Paweł Kowalczyk, Łukasz Stręciwilk (Stal).
Sędziował: Piotr Pielak (Warszawa). Widzów: 5000.

Strzelcy Lechii
7 – Piotr Wiśniewski
6 – Piotr Cetnarowicz
4 – Krzysztof Brede
3 – Karol Piątek
2 – Paweł Buzała
1 – Maciej Kalkowski, Grzegorz Król, Jacek Manuszewski, Mariusz Pawlak, Sławomir Wojciechowski, Rafał Kosznik
2 samobójcze – Robert Gaca (Unia Janikowo), Piotr Klepczarek (Zawisza Bydgoszcz).

Drużyna z charakterem
Tomasz Borkowski
trener Lechii
- Na to zwycięstwo musieliśmy porządnie zapracować. Stal wysoko zawiesiła nam poprzeczkę. W przerwie meczu porozmawialiśmy, powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy drużyną z charakterem i możemy strzelić zwycięskiego gola. Miejsce w tabeli po jesieni jest adekwatne do tego co prezentujemy. jednak apetyt rośnie w miarę jedzenia i wiosną możemy bić się z najlepszymi o jak najwyższe miesjce.

Przepraszam kibiców
Maciej Kalkowski
kapitan Lechii
- Zwycięstwo dedykuję kibicom, których zawiodłem w meczu z Zawiszą. Chciałem to zrobić po spotkaniu w Chorzowie, ale tam nie wykorzystałem dobrej sytuacji strzeleckiej i przegraliśmy. Teraz przepraszam wszystkich, których zawiodłem. Brakuje nam czegoś na wyjazdach i musimy to poprawić. Teraz jest przerwa i możemy zastanowić się co dalej.

Autor artykułu: Paweł Stankiewicz

Lębork. Niedziela przy karcianym stoliku

Saturday, November 18th, 2006

Pasjonaci baśki mają znowu okazję wykazać się umiejętnością rozgrywania tej niełatwej gry karcianej.

- To już trzecia edycja Turnieju Baśki Lęborskiej – mówi Mieczysław Kwidziński, organizator. – Zapraszamy wszystkich chętnych. Baśka czeka. Zawody mają charakter otwarty. Rozpoczną się tradycyjnie o godz. 15 w niedzielę, 19 listopada w sali na stacji paliw Arkada.

Po dwóch turniejach prowadzi Roman Trepczyk z Lęborka ex aequo z Aleksandrem Leykiem z Tuchlina. Dwa kolejne miejsca zajmują lęborczanie: drugie – Sławomir Oczachowski, trzecie – Marian Maszota. Na czwartym miejscu uplasował się Jan Myszk z Łebuni, a na piątym Jan Pawlukiewicz z Kębłowa.
- Spodziewamy się zaciętej gry o prymat – dodaje Kwidziński.

Patronat nad imprezą objął burmistrz Witold Namyślak.

Autor artykułu: ip

Lębork. Ogólnopolski konkurs literacki

Saturday, November 18th, 2006

Dwie niespodzianki czekają miłośników literatury podczas gali XXI Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Mieczysława Stryjewskiego w Lęborku. Odbędzie się ona 24 listopada o godz. 17. Po raz pierwszy Grand Prix Marszałka Województwa Pomorskiego dostanie prozaik. Dodatkową atrakcją będzie monodram pt. “Grzech” Wiolety Komar ze słupskiego teatru Rondo.

Spośród autorów 900 wierszy i 98 utworów prozatorskich jury wybrało najlepszych. Odbiorą oni nagrody w ustalonych od lat kategoriach: poza Grand Prix po trzy w kategorii poezji i prozy, dwie nagrody za utwory kaszubskie oraz za utwór o szczególnych wartościach chrześcijańskich.

Nagrodę publiczności funduje burmistrz, natomiast nagrody dla wylosowanych szczęśliwców z publiczności – “Dziennik Bałtycki”.

Finał konkursu odbędzie się w auli Liceum Ogólnopolskiego nr 1 w Lęborku.

Autor artykułu: ip

Ustka. Za wyborczymi kulisami jest o wiele ciekawiej

Friday, November 17th, 2006

Jan Olech z Porozumienia Samorządowego i Andrzej Bury z Samorządności Ustka. To właśnie oni spotkają się w drugiej turze wyborów – już 26 listopada. Zanim jednak dojdzie do głosowania – muszą do siebie przekonać wyborców. Zaglądamy za kulisy i uchylamy rąbka przedwyborczych rozmów.

W pierwszej turze we wszystkich 8 okręgach wygrał Jan Olech. W sumie zebrał ponad 2300 głosów. Drugi, Andrzej Bury, miał około 1600 głosów. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że obaj spotkali się już z dwoma kandydatami na burmistrza, którzy nie weszli do drugiej tury – Stanisławem Podlewskim i Arturem Wdowiarkiem. Trudno powiedzieć, jakie są wyniki rozmów i komu ewentualnie Podlewski i Wdowiarek oraz ich wyborcy oddadzą swoje głosy.
- Planujemy takie spotkania, ale nie ma jeszcze szczegółów – ucina spekulacje Jan Olech.
Do naszej redakcji docierają jednak informacje, że strony złożyły już sobie konkretne propozycje. Stanisław Podlewski jest rzekomo gotów poprzeć Olecha, w zamian za stanowisko dyrektora Ośrodka Sportu i Rekreacji, powiększone o promocję miasta. Natomiast Wdowiarek zainteresowany miałby być przewodnictwem Rady Miejskiej w Ustce. Pod tym warunkiem miałby poprzeć kandydata, który zapewni mu to stanowisko.
- Nie padła taka propozycja, choć już rozmawiałem z kandydatami – twierdzi Stanisław Podlewski.
Co ciekawe – dotarła do nas informacja o rzekomym spotkaniu dwóch kandydatów na burmistrza – Olecha i Burego. Podobno Olech zaproponował Buremu stanowisko wiceburmistrza miasta, jeżeli ten zrezygnuje z kampanii.
- Nigdy nie było takiej rozmowy – zaprzecza Bury. – Zresztą, takie pytanie przed drugą turą byłoby nie na miejscu. Mam zamiar spokojnie prowadzić kampanię. O takich propozycjach będziemy mogli wspólnie z Olechem porozmawiać, kiedy poznamy wyniki drugiej tury wyborów samorządowych.
Nie tylko o fotel burmistrza toczy się jednak w Ustce walka. Aż sześciu radnych ma bowiem ochotę na fotel przewodniczącego Rady Miejskiej w Ustce. Już wcześniej pisaliśmy o Andrzeju Tyszkiewiczu. Docierają do nas również informacje o Piotrze Wszółkowskim, Włodzimierzu Siudku, Adamie Brzósce, Barbarze Kołakowskiej i Arturze Wdowiarku. Część radnych związanych z usteckim PiS i Samorządnością spotkała się nawet w środę, aby podjąć wstępną decyzję.

Autor artykułu: Hubert Bierndgarski

Kim pan jest, panie Kononowicz?

Friday, November 17th, 2006

Pomysły ma proste jak drut: – Więźniowie niech budują drogi, więcej policjantów na ulicach, zakłady otworzyć, młodym pracę dać – i najważniejsze – żeby starsi ludzie mogli spokojnie chodzić, bo mamusię chuligani zaczepiają, kamieniem w nią raz rzucili.
****
Ja się spodziewam się, że w tych wyborach dostanę jakieś trzysta, czterysta procent głosów – mówił szczerze Krzysztof Kononowicz, kandydat na prezydenta Białegostoku. W swojej dzielnicy Starosielce budzi śmiech, ale i strach.
Przez ostatnie dni stał się najpopularniejszą postacią w kraju. Na internetowym forum lawina postów na jego temat: Białystok za Kononowicza przeprasza, Warszawa wybacza, Kraków gratuluje, Kalisz „zazdraszcza”, Rzeszów „łączy się w bólu”.
Na Allegro, za jego turecki sweterek ktoś chce zapłacić prawie milion złotych. W piątek, kiedy rozdawał ulotki pod pomnikiem Piłsudskiego w Białymstoku, młodzi ludzie zaczepiali go: „Pan Krzysiu?”. Kandydat kiwał speszony. „Grabula. Pan jest gość!” I fotografowali się z nim, pokazując palcami wiktorię.

Kasztanka Kononowicza

Spot wyborczy kandydata nie kłamał. Mieszka w swojej posiadłości, w drewnianym domku, razem z mamusią. Bramkę do posiadłości zamyka na klucz. Na środku podwórza wielka sterta drewna i śmieci. Pod plandeką duma rodziny: pięcioletni, dostawczy Lublin. Labiryntami dochodzi się do kuchni, gdzie mamusia właśnie smaży placuszki. Przy piecu suszą się skarpetki. Zaduch nie do wytrzymania. Kandydat rozkłada zdjęcia tatusia, który „jest już w niebie”, na kraciastej ceracie kuchennego stołu.
– Mamusia, przetrzyj! – rzuca, bo tatuś jest dla niego jak święty.
– W niewoli niemieckiej był, potem w ruskiej, za Sowieta siedział na Kopernika (ulica, gdzie znajduje się więzienie – dop. red.), bo był w AK – opowiada z namaszczeniem. Nie bardzo wiadomo, kiedy było to „za Sowieta”, bo rodzice Kononowicza przyjechali do Polski z Białorusi, z ostatnią falą repatriantów w 1958 roku i zamieszkali w Wilkowie pod Kętrzynem. Tam prowadzili duże gospodarstwo, a Krzysztof poszedł do szkół.
– Na czwórki się uczyłem – wyznaje. – A przedmiot najbardziej lubiłem to gospodarka. Jak szło orać, to się o to z bratem biłem się. I konie cztery mieliśmy i moją Kasztankę. Piłsudski miał podobną. I jak przyjechaliśmy do Białegostoku w 1975, bo rodzice sprzedali gospodarkę za rentę, to ja do tej pory za nią tęsknię.

Świnek pięć

Pan Krzysztof skończył szkołę zasadniczą na kierunku mechanik kierowca i poszedł do roboty. W różnych zakładach pracował. Najpierw w „Transmleczu”.
– Byłem wiceprzewodniczącym Solidarności – ujawnia opozycyjną kartę swego życiorysu. – Milicja szukała mnie, przyjeżdżała tutaj do mamusi i tatusia, ale ja uciekłem na Białoruś. Tam schowałem się w domku, co po rodzinie został, a brat chodził mi po zakupy. A potem wróciłem. Na granicy problemu nie było, bo ja po zlewki dla prosiaków ze Straży Granicznej brałem i wszystkich tam znam, wszystkich komendantów, zapytajcie.
Od dwunastu lat jest bezrobotny. Pięć świnek sobie hoduje. Jedną ksiądz już zamówił na święta. Ale wcześniej cztery lata pracował jako gospodarczy w urzędzie miejskim. Napatrzył się.
– Tam burdel jest tylko i pijaństwo. Wódka raz zginęła. Dyscyplina musi być – opowiada.
Ostatnio starał się o pracę w policji.
– Przyszedł do nas z mamusią – mówi Jacek Dobrzyński, rzecznik podlaskiej policji. – Przyniósł podanie i profesjonalnie napisane CV. Chciał zostać szefem białostockiej policji. Powiedział komendantowi wojewódzkiemu: „Poprzyj mnie pan, nie pożałujesz.” Ale nie miał wystarczających kwalifikacji. Zresztą u niego często są policyjne interwencje, najczęściej sam wzywa, bo mu coś wrzucili do ogródka.

Żonę znajdzie

– Poród był szybki, ale straszny klocek wyszedł. Taki był klucha, bo ja przez całą ciążę mleko piłam. I on codziennie dwie i pół szklanki wypija, a wódki nic – wspomina narodziny kandydata mamusia Leokadia Kononowicz. – Od małego lubił zwierzęta. Krowy doił jak miał 10 lat i to jak sprytnie. Tam, w jego klasie byli chuligani, na wagary chodzili. Raz cała klasa poszła, on jeden został i potem go chłopaki zbili.
Mamusia kupuje mu ubrania, dużo sweterków. Bo jeden do kościoła, jeden do pracy, a jeszcze jeden do telewizji. Marynarki też ma. I płaszcze. Ale się roztył i się teraz nie mieści. Pan Krzysztof jest starym kawalerem. Ma 43 lata. Raz była jedna kandydatka, aż z Gdańska.
– Ze trzy razy przyjechała z rodzicami. Oni chcieli, żebyśmy z ojcem wyszli z domu do brata, ale on się nie zgodził – mówi pani Leokadia. Jeszcze ma nadzieję, że syn żonę znajdzie. Nie ukrywa, że w domu jest nędza. Kiedy żył ojciec, co miesiąc dostawali jakieś dwa tysiące złotych renty. Teraz ona i dwóch synów utrzymują się tylko z emerytury matki (800 złotych) i renty brata (600 zł). – Ciężko wyżyć. Trzeba od ludzi wypożyczać. Dlatego i syn poszedł na prezydenta – mówi pani Leokadia. I dodaje: – Ale potem to pojedziemy z synem do Kaczyńskiego. On już wie, że rentę po mężu trzeba nam zwrócić.

Proste jak drut

Kononowicz, gdyby został prezydentem, to najpierw zbudowałby nagrobek dla drugiego braciszka, co zmarł, gdy był mały, i dla rodziny tatusia na Białorusi, dla siebie już ma. Pan Krzysiu pod ołtarzem pierwszy jest. teraz też dopiero co z kościoła wrócił. Proboszcz wysyła go, żeby negocjował z parafianami ceny działek, co mają pójść pod nowy kościół. Komitet wyborczy, z którego startował, jest wprawdzie jakby faszyzujący, ale kandydat się od tego odcina. – Żyda widziałem w Tykocinie i nic. Patrzyłem nawet w tej ich świątyni, jak się modlą. Ja myślę, że każdy tu człowiek może żyć, co w Boga wierzy, prawosławny też – wykłada swoje credo. Do tego, by kandydować, dojrzał jakieś dwa lata temu, po tym, jak tatuś zmarł. Pomysły ma proste jak drut: – Więźniowie niech budują drogi, więcej policjantów na ulicach, zakłady otworzyć, młodym pracę dać – i najważniejsze – żeby starsi ludzie mogli spokojnie chodzić, bo mamusię chuligani zaczepiają, kamieniem w nią raz rzucili. Ja spokojny człowiek jestem, normalny.
I śmieszno, i straszno
Ale sąsiedzi mają o nim inne zdanie. Przeraża ich sława Krzysztofa Kononowicza.
– Dla ludzi w kraju to kupa śmiechu, nawet ciotka ze Stanów dzwoniła, co za wariat w Białymstoku kandyduje, ale dla nas to jest przygnębiające. On jest chory, jest agresywny. Dziewczynki boją się koło niego przechodzić, bo burczy pod nosem. Jego świnie śmierdzą na całą okolicę. O byle co wszczyna awantury. A jego matka…. Ta kobieta nieraz pobita uciekała z domu – mówi jedna z mieszkanek sąsiedniej ulicy Boboli. Inni to potwierdzają. Wszyscy proszą o anonimowość. Ze strachu, bo nie wiadomo, co mu przyjdzie do głowy, „ma nie po kolei”.
– Mamusi nie biję, to plotki i nieprawda – zaprzecza kandydat.

“Kurier Poranny”

Autor artykułu: Urszula Dąbrowska,Anna Łubian